środa, 27 stycznia 2016

Karel Čapek / Fabryka Absolutu

Podczas gdy armie biją się tworząc dzieje świata, gdy granice państw rozwijają się i kurczą jak dżdżownice i cały świat wali się w gruzy, stara pani Blahousowa w Siedmiu Chałupach skrobie kartofle, a dziadzio Blahous siedzi na progu i pali liście bukowe, zaś sąsiadka Prouzowa, wsparta o płot, powtarza w zamyśleniu:
— Tak — tak.
— A tak — przyświadcza po chwili Blahous.
— A bo nie? — wtrąca się do rozmowy Blahousowa.
— Tak już jest — mówi na to Prouzowa.
— Nic na to nie poradzisz — twierdzi dziadzio Blahous.
— Prawda — dodaje Blahousowa i sięga po nowy kartofel.
(...)
— A wy kobity to nic, tylko byście cały Boży dzień gdakały i gdakały — rzekł na ostatek dziadzio Blahous gderliwie i ruszył pomalutku ku furtce.


Karel Čapek, Fabryka Absolutu, tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Wyd. Śląsk, 1971, str. 176-179.


środa, 6 stycznia 2016

Tomasz Wiśniewski / O pochodzeniu łajdaków

(...) gdy odebrałem dzieciaki, od razu spakowaliśmy się w małą
rakietkę i polecieliśmy na Księżyc.
Kiedy przebijaliśmy się przez atmosferę, wpadliśmy w małe
turbulencje i zatrzęsło naszą machiną. Mała nie kryła entuzjazmu:
– Nieźle! Facet dobrze zasuwa!
(...) Bezbrzeżna, srebrzysta pustynia otoczyła nas z każdej strony, a nad nią uniosła się niezgłębiona czerń podziurawiona setkami tysięcy gwiazd; nasza planeta, zielona i niebieskawa, powolutku wędrowała sobie w oddali, kręcąc się w kółko. Chłopak skomentował:
– Niezłe widoczki.
Zgodziłem się z tą opinią i zagapiłem. Za długo. W tym czasie oczywiście dzieciaki mi zwiały. Nie mogłem ich odnaleźć, a zaglądałem do każdego krateru, wołając coraz bardziej rozedrganym głosem, i przerażony widząc oczyma wyobraźni bladą twarz matki, której mówię, że zgubiłem jej dzieci – i to na Księżycu! Wreszcie, gdy moja twarz stawała się tak blada i sinawa, że niemal nie do rozróżnienia z barwą powierzchni satelity, usłyszałem głos chłopaka:
– Po co ta panika! Byliśmy tylko się przejść, aby poszukać innych
form życia!
Zakręciło mi się w głowie, powietrze na Księżycu nie nadaje się do
sytuacji stresowych, i osunąłem na ziemię. Spod zmarnowanych powiek widziałem, jak rodzeństwo pochyliło się nade mną.
– Staruszek odwala chyba kitę – powiedziała młoda.
– Facet wykorkował – odparł braciszek.
– Typek ma majaki.
– Odleciał.
– Kopie kalendarzyk.
– Posypał się, bidulka.
– Żal gościa.
– Daj mu awiomarin i spadamy z powrotem. Zaraz wracają starzy.
Faktycznie, wcisnęli mi coś siłą do ust i pociągnęli do naszego
pojazdu, wlokąc po księżycowej glebie. Przespałem całą drogę, łowiąc tylko kątem oka, jak od czasu do czasu rodzeństwo brawurowo ścigało się z jakimś meteorytem. Ale dałem sobie spokój: nie interweniowałem, nie miałem sił, choć było to przecież niebezpieczne. Po powrocie na planetę długo dochodziłem do siebie, głównie podwójnymi espresso i papryczkami jalapeno. Wreszcie pojawili się rodzice.
– I jak tam było, maluszki? - pytali.
Rodzeństwo popatrzyło po sobie i jednogłośnie zawyrokowało:
– Nuda.


Tomasz Wiśniewski, O pochodzeniu łajdaków, Wydawnictwo LOKATOR, 2015, s. 51-53.